×

"Nim nadejdzie świt" Alicji Wlazło [recenzja]

 Opowiadałam Wam, że bardzo lubię twórczość Alicji Wlazło. Czytałam jej dwie powieści fantastyczne z cyklu Zaprzysiężeni i nie dość, że ogromnie mi się podobały, to zaliczam je do moich książkowych ulubieńców. Tym razem jednak wzięłam się za inną książkę Alicji, powieść obyczajowo-sensacyjną z muzyką i romansem w tle. Tę książkę wygrałam w konkursie organizowanym przez autorkę i otrzymałam także egzemplarz do recenzji. Na moim fanpage'u Felicjada wkrótce rozpocznie się konkurs, w którym między innymi ta powieść będzie do wygrania. Tymczasem zapraszam Was do zapoznania się z moją opinią.


Informacje ogólne:

Tytuł: Nim nadejdzie świt
Autor: Alicja Wlazło
Wydawnictwo: Inanna
Okładka: miękka z zakładkami
Ilość stron: 256
Premiera: 30.04.2020 

Opis:

Podobno pierwsza miłość nie może trwać wiecznie. Podobno wypali się przy pierwszym podmuchu pędzącego życia… Czy na pewno?

Theo pragnie by rodzice byli z niego dumni. Chodzi na treningi kickboxingu, jak niegdyś jego ojciec, gra również na skrzypcach, tym samym spełniając marzenie matki. Ich życie wydaje się poukładane, jednak ciągłe nieobecności ojca ciążą coraz bardziej.

Vera chce tylko normalnego życia, lecz jej relacje z matką wykraczają daleko poza te panujące w zdrowej rodzinie. Żyje w stresie, strachu oraz spędza dnie na spełnianiu wygórowanych wymagań matki.


Czy rodzące się pomiędzy Theo i Verą uczucie wystarczy, by przetrwać wszystko, co zgotował im los? I, co najważniejsze, czy zdążą nim nadejdzie świt?

Opinia/recenzja:

Książka jest dosyć niewielkich rozmiarów. Czcionka we wnętrzu jest dosyć spora. Całość podzielona jest na rozdziały, z których każdy ma swój numer i poza tym zaczyna się imieniem Vera bądź Theo. Oznacza to, z czyjej perspektywy opowiedziana jest historia. Bardzo ładna okładka oddaje treść, ale nie zdradza szczegółów. Podoba mi się, że nie jest taka jasna, raczej ciemniejsza i przez to się wyróżnia. Na zakładce przy przedniej okładce jest krótkie bio o autorce, natomiast na drugiej są polecajki i loga patronów. Całość prezentuje się bardzo porządnie i książka ładnie wygląda na półce.

Powieść ma mieszaną narrację, historia opowiadana z perspektywy Very jest w trzeciej osobie, natomiast z perspektywy Theo ma narrację pierwszoosobową. Przyznam, że to jeden z większych atutów autorki, która umiejętnie przechodzi między sposobami narracji, robi to płynnie i bez udziwnień. Do redakcji czy korekty nie mogę się specjalnie przyczepić, choć przyznam, że momentami miałam wrażenie, że coś jest nie tak. Na szczęście nie przytłacza to historii i czyta się swobodnie.

Theo i Vera to główni bohaterowie, wiele ich dzieli, a jeszcze więcej łączy. Każde z nich ma swoje problemy rodzinne, oboje muszą mierzyć się z oczekiwaniami bliskich, a także kochają muzykę i grają na skrzypcach. Właśnie poprzez muzykę i swoją grę opowiadają historię czytelnikowi. Vera żyje w domu z despotyczną matką i ma ważne zadanie do wykonania. Theo zaś jest synem żołnierza i dyrektorki szkoły muzycznej, trenuje boks i gra na skrzypcach. Żadne z nich nie ma łatwo, a trafiają na siebie przez przypadek i zakochują się w sobie bez pamięci. Oprócz głównych bohaterów świetnie zarysowane są także postacie drugoplanowe i poboczne. 

Fabuła podzielona jest na dwie części, pierwsza toczy się gdy Vera i Theo są nastolatkami, druga 10 lat później. Cała opowieść jest bardzo mocno wciągająca i naprawdę nie można się od niej oderwać. To kolejna powieść, którą przeczytałam w bardzo krótkim czasie w ciągu ostatniego miesiąca. Tak naprawdę prawie cały czas coś się dzieje i wydarzenia postępują po sobie bardzo szybko. Przez to można trochę pogubić się, czasem zdarzają się chaotyczne przejścia między scenami. Autorka bardziej skupiła się na relacjach między bohaterami, na ich problemach wewnętrznych niż na wydarzeniach pozostałych. Oczywiście wszystko postępuje logicznie i z czasem jest wyjaśnione, jednak ten chaos może przeszkadzać. Osobiście wolałabym więcej sensacji i kryminału niż romansu, ale to moje prywatne odczucia. 

Jedyne co mi przeszkadzało w całej powieści, to miałam problem z załapaniem jak długo toczy się opowieść z jednej części. Nie było do końca wiadomo, czy są to wydarzenia z kilku dni czy tygodni/miesięcy. I jeśli były to dni, to jednak pewne sytuacje w moim odczuciu wydarzały się zbyt szybko i nienaturalnie. Szczególnie te z rosnącego uczucia między Verą i Theo. Jednak nie wiem czy to był taki zabieg literacki czy błędy w redakcji. Tłem jest muzyka i gra na skrzypcach, żałowałam jednak, że było jej tak mało. Dla mnie mogłoby być tej gry znacznie, znacznie więcej, ale pewnie wtedy książka byłaby znacznie dłuższa. 

Alicja jako autorka charakteryzuje się wykorzystywaniem chaosu w opowiadaniu przez siebie historii. Pomimo tego powieść wciąga jak bagno, z którego nie można się wydostać. Czyta się książkę coraz szybciej i szybciej, aby tylko dowiedzieć się, co następnie się wydarzy. A czytelnik naprawdę jest zaskakiwany co jakiś czas i momentami kompletnie nie wie, co się stało i dlaczego. Miałam czasem takie wrażenie, że mówiłam do siebie: "Ale jak to? Co tu się stało?". Ba, przyznam, że to zdarzało się nader często. A ja lubię, gdy akcja mnie zaskakuje. 

Podsumowując, "Nim nadejdzie świt" to naprawdę udana powieść sensacyjna z elementami romansu i muzyki. Historia wciąga i mocno zaskakuje. Miłość między bohaterami jest niezwykle intensywna i jest to odczuwalne podczas lektury. Napisane fajnym stylem, ze zmienną narracją i po prostu naprawdę przyjemnie się czyta. Polecam wszystkim fanom powieści sensacyjnych, romansów i szczególnie tym, którym muzyka nie jest obojętna. Naprawdę warto przeczytać i dać się porwać historii.

Ocena końcowa: 7/10

¡Za egzemplarz do recenzji ogromnie dziękuję Grupie Wydawniczej Morgana i Wydawnictwu Inanna!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © Felicjada , Blogger